poniedziałek, 31 grudnia 2018

Lysandrowe fantazje – rozdział pierwszy

Charlotte, proszę cię, pospiesz się! Spóźnimy się na hiszpański.
No, już idę, marudo. — Przyjaciółka westchnęła ciężko, zamykając z trzaskiem szafkę.
Odetchnęłam z niewielka ulgą, gdy w końcu mogłyśmy zacząć się przedzierać przez zatłoczony korytarz. Jako że byłam drobniejsza, wysunęłam się na prowadzenie i skutecznie przebiłam się przez tłumy uczniów, spieszących się na lekcje.
Kiedy znalazłam się w mniej obleganej przez ludzi części korytarza, zwolniłam i zaczekałam na Char. Odwróciłam się w jej stronę i dostrzegłam jak ta rozmawia z jakimś chłopakiem, który zagrodził jej drogę. Dziewczyna mimo oburzenia, które swoją drogą było pozorowane, flirtowała w najlepsze. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy modląc się w duchu o cierpliwość do przyjaciółki.
Widząc jej zarumienioną twarz i szczęśliwe spojrzenie, poczułam lekkie wyrzuty sumienia, jednak nie chciałam ryzykować spóźnienia na jedną z moich ulubionych lekcji. Podeszłam do Charlotte, złapałam ją za łokieć i odciągnęłam na bok.
Przepraszam cię najmocniej, ale trochę nas czas nagli. — Uśmiechnęłam się przepraszająco do nieco zdezorientowanego chłopaka. — Umówisz się z nią po lekcjach — dodałam i ruszyłam z przyjaciółką pod rękę wzdłuż korytarza.
Kiedy znalazłyśmy się na schodach prowadzących na piętro, gdzie znajdowała się nasza klasa, puściłam Char, która nie ukrywała zdenerwowania.
Coś ty mi narobiła? — burknęła, marszcząc wyregulowane brwi. — Właśnie uciekła mi szansa na randkę z kapitanem męskiej drużyny siatkarskiej!
Przepraszam — mruknęłam speszona.
Na prawdę było mi głupio przerywać przyjaciółce w rozmowie, ale zwyciężyło wiszące nad nami poważne ryzyko spóźnienia, o czym jej wspomniałam.
Daj sobie spokój. Jedno przyjście po dzwonku nikomu nie zaszkodziło, poza tym pan Cartez jest na tyle w porządku, że zrozumiałby, że przedarcie się przez zatłoczony korytarz wymaga czasu.
Nie odpowiedziałam na to, ponieważ już znajdowałyśmy się przy sali do hiszpańskiego. Na szczęście nie było jeszcze nauczyciela, który miał tendencje do przychodzenia przed dzwonkiem. Akurat momencie, gdy zajęłyśmy swoje miejsca, do pomieszczenia wszedł pan Cartez.
Buenos dias estudiantes! — przywitał się, idąc dziarskim krokiem między ławkami.
Buenos dias señor Cartez!
Na początku zajęć, chciałbym poinformować was o klasówce w przyszłym tygodniu z ostatniego materiału dotyczącego żywienia i zdrowia.
Mężczyzna usiadł za biurkiem, wyciągając z torby laptopa, podręcznik i kalendarz, w którym zapisywał nie tylko terminy klasówek, ale także różne notatki dotyczące zajęć.
Kiedy już miał wszystko naszykowane, zabrał się za odczytywanie listy obecności. W połowie spisu do klasy wszedł wysoki chłopak, na którego widok większość dziewcząt westchnęła przeciągle. Tylko ja zirytowana przewróciłam oczami.
Rozumiem, że pana Stephensa nie dotyczy dzwonek na lekcję. Mam rację? — nauczyciel przyglądał mu się uważnie, nie kryjąc zdenerwowania.
Przepraszam — mruknął ledwo słyszalnie nawet dla mnie, gdzie ja siedziałam ławkę przed nim. — Miałem ważną sprawę do załatwienia, a rozmowa na ten temat trochę się przedłużyła.
Czy ja dobrze rozumiem, że ta sprawa była ważniejsza, niż moje lekcje, na które dobrowolnie się pan zapisał? — Pan Cartez uniósł z powątpiewaniem brew.
Przeprosiłem przecież, więc nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. — Chłopak wzruszył ramionami, skupiając wzrok na swoich dłoniach.
Obserwowałam całą rozmowę, starając się ukryć zdenerwowanie. Ten chłopak był tak bezczelny, że miałam ochotę wtrącić swoje zdanie, ale powstrzymała mnie Charlotte, która rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie. Zacisnęłam pięści tak mocno, że pobielały mi kłykcie. Odwróciłam się do przodu, wbijając wzrok w leżący przede mną podręcznik.
Nauczyciel zignorował arogancką uwagę Lysandra i powrócił do tematu lekcji, jednak ja nie potrafiłam tego tak po prostu zlekceważyć. Jego osoba działała mi na nerwy praktycznie od początku liceum. Obrzydliwie chamskie odzywki do nauczycieli czy uczniów, na które dyrekcja kompletnie nie reagowała. Jakby traktowała go ulgowo ze względu na to, że miał własny zespół muzyczny, którym reprezentował szkołę.
Do mnie również się przyczepił. Rzucał niewybrednymi komentarzami na temat mojego wyglądu czy zachowania. Starałam się go ignorować, ponieważ uważałam, że jeśli nie będę zwracać na niego uwagi, to w końcu znudzi się zaczepianie mnie.
W połowie lekcji rozbrzmiał dźwięk telefonu. Wszyscy podskoczyliśmy wystraszeni, nie wiedząc co się dzieje. Pan Cartez spojrzał się na swoją komórkę, która głośno wibrowała. Zmarszczył brwi i sięgnął, żeby odebrać.
Wybaczcie mi na chwilę, ale to bardzo ważny telefon — powiedział i wyszedł na korytarz zostawiając uchylone drzwi od sali.
Jak zawsze w klasie rozbrzmiała burza rozmów między uczniami. Sama również odwróciłam się do Charlotte, żeby zapytać się, czy będzie chciała wspólnie pouczyć się do klasówki.
Jasne, czemu nie. Spotkamy się u mnie czy u ciebie?
Już miałam odpowiedzieć przyjaciółce, kiedy za mną rozległo się ciche prychnięcie. Spojrzałam się w stronę uśmiechającego się cynicznie Lysandra. Bujał się na krześle, przyglądając mi się uważnie spod nieco ciemniejszej niż reszta włosów grzywki.
O co ci chodzi? —zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
O nic. — Wzruszył ramionami, po czym pochylił się nad ławką zbliżając się nieco do mnie. — Po prostu zastanawia mnie, czy taka kujonica jak ty, ma jakieś życie poza książkami, ale patrzę na ciebie coraz dłużej i dochodzę do wniosku, że chyba jednak nie.
Zajmij się lepiej swoimi sprawami — odparowała mu Charlotte, odwracając się w jego stronę. — My się nie interesujemy gdzie i z kim dochodzisz, więc fajnie by było, gdybyś i ty się od nas odczepił.
Auć… Zapiekło. — Zaśmiał się ironicznie, wracając do bujania się na krześle.
Char posłała mu krzywy wyraz twarzy i z powrotem wróciłyśmy do naszego tematu. Mimo, że chłopak nic więcej nie powiedział, to ja cały czas czułam jego przeszywający wzrok na sobie.
Z jednej strony byłam wdzięczna przyjaciółce, że stanęła w mojej obronie, jednakże czułam, że to przysporzy mi tylko więcej kłopotów. Potarłam nerwowo kark, mając nadzieję, że uporczywe mrowienie wywołane jego wzrokiem zniknie.
Chwilę później do klasy wrócił nauczyciel i kontynuował zajęcia, jednak nie na długo, ponieważ po kilkunastu minutach zabrzmiał dzwonek. Przed wyjściem wszystkich uczniów pan Cartez przypomniał o klasówce i sam zaczął się pakować.
Szybko schowałam swoje rzeczy do plecaka i skierowałam się do wyjścia.
Mich! — zawołała za mną przyjaciółka. — Mich, zaczekaj na mnie!
Stanęłam przed klasą tuż obok drzwi i cierpliwie czekałam, aż Charlotte spakuje swoje rzeczy i do mnie dołączy.
Serio? Mich? — Usłyszałam za plecami znajome i znienawidzone parsknięcie śmiechem. — Czy to nie jest czasem męskie imię?
Przygryzłam dolną wargę, o raz kolejny tego dnia modląc się o cierpliwość. Jak ja nie cierpiałam tej dziewuchy! Odwróciłam się w jej stronę, starając się przywołać obojętny wyraz twarzy. Chciałam ją wyminąć, ale wraz z Lysandrem, który właśnie wyszedł z klasy, zagrodzili mi drogę. Ledwo powstrzymałam zirytowane westchnienie.
Rosalio, to jest męskie imię — chłopak uśmiechnął się z satysfakcją do swojej przyjaciółki, widząc jak narasta we mnie złość.
Niespokojna zerknęłam za ramię w poszukiwaniu Charlotte, ale nigdzie nie mogłam jej dostrzec. Przestąpiłam z nogi na nogę, przełykając ślinę, czując lekkie kłucie w dołku.
Spójrz tylko na nią. Prawie wcale nie przypomina dziewczyny. Trzeba więc przyznać, że nie ma co się dziwić jej rodzicom, że popełnili taki błąd.
Słysząc uwagę na temat rodziców poczułam, jak gotuje się we mnie krew, a przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. Mógł mnie obrażać ile chciał, ale takich ordynarnych uwag na temat zmarłych rodziców nie byłam w stanie tolerować.
Odszczekaj to — warknęłam, mierząc go wściekłym spojrzeniem, zaciskając pięści.
Ojej… Czyżbyśmy cię obrazili? — zaszydziła Rosalia, uśmiechając się szyderczo. — W takim razie przepraszam cię najmocniej… Ale sama musisz przyznać, że nie trzeba mieć specjalnych problemów ze wzrokiem, żeby mieć dylemat na temat twojego wyglądu.
Stawiam, że bardziej przypominasz ojca niż matkę, dlatego…
Nie pozwoliłam mu dokończyć, ponieważ zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Ogarnięta czystą furią, nie widząc nic poza pyszałkowatą twarzą chłopaka, zamachnęłam się i uderzyłam go w nos. Kilka osób krzyknęło zdziwionych i przerażonych sytuacją.
Zaskoczony moją reakcją Lysander poleciał do tyłu. Zachwiał się i złapał drzwi, żeby nie upaść. Machinalnie dotknął wolną ręką obite miejsce, sprawdzając czy nie jest poważniej uszkodzone. Rosalia podeszła do chłopaka, pomagając odzyskać równowagę.
Michelle! — krzyknął oburzony nauczyciel, pochodząc do zbiorowiska, jakie zrobiło się wokół naszej trójki. — Co to miało znaczyć? Co w ciebie wstąpiło?
Nie pozwolę, żeby ktokolwiek obrażał moich rodziców — odpowiedziałam najspokojniej jak umiałam, masując obolałą dłoń. Dopiero po chwili dotarło do mnie co zrobiłam i co powiedziałam do nauczyciela. Speszona, opuściłam wzrok na puchnącą już dłoń. — Przepraszam… Ja nie wiem dlaczego tak zareagowałam...
Takich rzeczy nie załatwia się przemocą! — Zwrócił uwagę, jednocześnie sprawdzając czy nic poważnego nie stało się chłopakowi. — Oboje macie natychmiast iść do pielęgniarki, żeby was zbadała, a następnie do dyrektorki. Bójki w szkole są nie dopuszczalne.
Naprawdę jest to konieczne, żebyśmy szli do dyrektorki? — zapytałam nieco przestraszona. Nie podobała mi się wizja nagany, czy choćby zwykłego upomnienia. Mogło to całkowicie zniszczyć moje dobre świadectwo i wymarzone studia. — To był tylko jednorazowy taki incydent…
Jeśli oboje nie potraficie zapanować nad swoimi nerwami, to tak, jest to konieczne.
Kto nie potrafi, ten nie potrafi — zironizował Lysander stłumionym głosem. Gdyby jego wzrok potrafił zabijać, to już dawno leżałabym we własnej krwi, poćwiartowana na kawałeczki.
Swoją uwagę mógł pan zachować dla siebie. A teraz marsz do pielęgniarki.
Niechętnie, powłócząc nogami skierowałam się w stronę schodów prowadzących na parter, gdzie znajdowały się wszystkie biura i gabinety należące do pozostałego personelu szkoły.
Nie oglądałam się nawet za siebie, żeby sprawdzić czy chłopak szedł za mną. Czułam się jednocześnie zdenerwowana i przestraszona całą sytuacją. Zawsze starałam się panować nad nerwami i nie ulegałam emocjom, a tutaj… Nie mogłam sobie wybaczyć takiej impulsywności. Cały czas czułam tępe pulsowanie bólu w kostkach.
Zatrzymałam się przed drzwiami gabinetu pielęgniarki, żeby zaczekać na Lysandra, który pojawił się obok mnie chwilę później. Wyciągnęłam rękę, żeby zapukać, ale ubiegł mnie, mocno stukając w drewno. Kiedy usłyszeliśmy pozwolenie, otworzył drzwi i w pierwszej chwili chciał wejść przede mną, ale powstrzymał się i puścił mnie przodem. Weszłam do środka bez słowa, wpatrując się w swoje znoszone adidasy.
Coście narobili, co? — Szczupła kobieta spojrzała się na nas, przyglądając się uważnie przykładającemu do nosa chusteczkę Lysandrowi i mi, trzymającej się za zaczerwienioną dłoń. — Co jej zrobiłeś, że musiała się na ciebie z rękoma rzucać, co? Kolejne złamane serce? — Zaśmiała się pogodnie, a chłopak prychnął oburzony.
Gustuję w prawdziwych dziewczynach, a nie w kimś kto nawet nie przypomina wyglądem kobiety — burknął, zerkając na mnie kątem oka.
Odpowiedziałam mu wymuszonym, znudzonym spojrzeniem i pozwoliłam pielęgniarce, żeby zajęła się moją ręką. Posmarowała maścią na obrzęk i założyła mi zimny kompres. Podziękowałam cicho kobiecie i nie czekając aż Lysander zostanie opatrzony, wyszłam z gabinetu.
Powolnym krokiem szłam wzdłuż opustoszałego korytarza kierując się do dyrektorki. Musiałam przyznać, że obawiałam się tej rozmowy. Nigdy jeszcze nie zdarzyła mi się taka sytuacja i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Serce kołatało mi się w klatce piersiowej, a ręce drżały. Chciałam ścisnąć dłonie, żeby się trochę uspokoić, ale ból w prawej ręce ponownie się odezwał. Stłumiłam jęk, przygryzając dolną wargę.
Co jak co, ale Lysander miał mocną szczękę.
Słysząc otwierające się drzwi, obejrzałam się za siebie. Lysander szedł leniwym krokiem, wpatrując się w telefon. Miał założony na nos opatrunek oraz zdążył się pozbyć śladów krwi z ust. Uśmiechnął się do siebie, ale zaraz skrzywił się sycząc cicho. Dotknął delikatnie opatrunek, aby po chwili opuścić dłoń.
Kiedy był już obok, podniósł wzrok na mnie. W jego spojrzeniu widać było, że szykuje się do kolejnego ataku na mnie. Mimowolnie objęłam się ramionami, próbując przygotować się na uderzenie.
Nawet to jak bijesz potwierdza, że nie jesteś do końca dziewczyną — stwierdził pogardliwie, patrząc na mnie z góry.
W pierwszej chwili chciałam się skulić w sobie i puścić tą uwagę mimo uszu, ale cały czas byłam poddenerwowana. Nim zdążyłam zapanować nad językiem, wyparowałam:
Wolę bić się jak facet, niż zachowywać się jak nietykalna paniusia. Ty chyba naprawdę musisz mieć jakiś kompleks męskości, że próbujesz się dowartościować tymi głupimi komentarzami.
Gdy dotarło do mnie co powiedziałam, spłonęłam rumieńcem. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję chłopaka, weszłam do pokoju dyrektorki.
W przedsionku przywitała nas sekretarka i zaprowadziła do pani Shaller. Tym razem pozwoliłam Lysandrowi wejść pierwszemu. Byłam tak przerażona, że miałam bardzo małą kontrolę nad trzęsącymi się kolanami.
Kobieta siedziała pochylona nad stosem papierów, co chwilę kreśląc i notując coś na marginesie. Na moment podniosła wzrok i zerknęła na chłopaka.
Lysander, chłopcze. Co cię do mnie sprowadza? — zapytała nieco zamyślonym tonem, ponownie zwracając uwagę na dokumenty.
Ja i Michelle Bonet zostaliśmy wysłani przez pana Carteza do pani za bójkę na przerwie.
Dyrektorka słysząc moje nazwisko i przyczynę wizyty spojrzała się na nas kompletnie zszokowana. Przenosiła wzrok to na mnie, to na chłopaka, jakby nie wiedziała czy to, co usłyszała jest prawdą.
Słucham? — Wbiła we mnie spojrzenie, a ja poczułam, że kurczę się w sobie. — Czy to prawda, Michelle? Możecie mi to jakoś wyjaśnić?
Tak… — mruknęłam cicho speszona. Czułam jak moje policzki ponownie oblewają się rumieńcem. Opowiedziałam jej zajście, starając się przejąć władzę nad drżącym głosem. Kiedy skończyłam, nie byłam w stanie spojrzeć na oblicze kobiety i uporczywie wpatrywałam się w zawiły wzór na karminowym dywanie zdobiącym gabinet.
Jestem wstrząśnięta waszym zachowaniem. — Pokręciła głową rozczarowana. — Przychodząc do tej szkoły mieliście od początku wpajane, że jakakolwiek przemoc, czy to fizyczna czy psychiczna jest zakazana. Natomiast dziś się dowiaduję, że reprezentant szkoły zachował się w tak impertynencki sposób, a najlepsza uczennica dopuściła się rękoczynów.
Było mi głupio, że tak łatwo dałam się wyprowadzić z równowagi i uniosłam się emocjami. Nie mogłam przeboleć własnej impulsywności, która przysłoniła mi racjonale myślenie.
Nie chcę tego robić, ale jestem do tego zmuszona. Jeszcze dzisiaj w waszych aktach pojawi się odpowiednia nota, a na waszą dwójkę nakładam szlaban. Do końca roku będziecie pomagać w bibliotece po lekcjach.
Pani chyba raczy żartować! — obruszył się chłopak, parskając śmiechem.
Proszę zważać na słowa, Lysandrze. Sprawa nie podlega dyskusji. Poinformuję bibliotekarkę i zaczniecie dzisiaj o godzinie piętnastej trzydzieści.
Z każdym słowem dyrektorki czułam, jak świat osuwa mi się spod nóg. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Ale jak to nota? Przecież to zepsuje mi moją dobrą opinię. Jeśli uczelnia zobaczy, że dostałam taki wpis, to nigdzie mnie nie przyjmą... Stracę szansę na wymarzone studia i pracę. Nie mogłam sobie na coś takiego pozwolić.
Lysander wyszedł szybko z gabinetu, trzaskając głośno drzwiami.
Ale… Pani dyrektor... — zaczęłam łamiącym się głosem. Próbowałam pozbyć się niechcianych łez szybko mrugając. — Czy to nie może się bez tego obejść? Ta nota do akt jest potrzebna?
Przykro mi, Michelle, ale nie mam innego wyboru. — Kobieta uśmiechnęła się do mnie łagodnie i trzymając lekko za ramię zaprowadziła do przedsionka. — Wracaj już na lekcje.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie kochani ♥
Niezmiernie miło mi przedstawić Wam nowy, reedytowany  rozdział. Przyznam szczerze, że trochę się napracowałam przy tym, żeby to miało taki wygląd i kształt jaki od początku planowałam.
Nigdy nie znosiłam robienia planów, notatek, rozpisywania postaci i tym podobnych „bzdur”.  Zawsze uważałam to za niepotrzebne i marnujące ogrom czasu, jaki mogę poświęcić na pisanie kolejnych rozdziałów. Aczkolwiek po ocenie bloga, którą otrzymałam po zgłoszeniu się zaczęłam się coraz bardziej zastanawiać nad tym wszystkim i doszłam do wniosku, że przydałoby mi się coś takiego. Więc zrobiłam. 
Po prawie miesiącu (z przerwami oczywiście) planowania i rozpisywania wszystkiego od deski do deski powstał ten oto rozdział. Mam nadzieję, że spodobał się i tym, którzy mieli okazje przeczytać tamtą wersję i tym, którzy przybyli dopiero po publikacji tego. 
Serdecznie dziękuję tym, którzy dotrwali do końca rozdziału i mojego monologu. Do zobaczenia w następnym rozdziale
Fallen Angel ♥

sobota, 3 listopada 2018

Miłość online / Część V

— To jakiś, kurwa żart?!
Słysząc nagły wrzask Armina, podskoczyłam na ręczniku przestraszona. Z resztą nie tylko ja tak zareagowałam. Wszyscy zebrani spojrzeli się w stronę bruneta, jakby ten spadł z kosmosu.
— Czego się drzesz, jak nienormalny? —Oburzył się jego niebiesowłosy brat, marszcząc brwi pod niebieską grzywką.
— Emm… — Chłopak wyraźnie się zmieszał, a na jego bladych policzkach pojawił się delikatny rumieniec. — Nic takiego. Po prostu… — przerwał, zastanawiając się chwilę nad czymś. — Po prostu przeczytałem, że uśmiercili Asha z Pokemonów…
— Co? — Spojrzałam się na niego z niedowierzaniem. — Jak to?!
— Kogo? — Iris patrzyła na nas, z twarzą wykrzywioną w pytającym wyrazie.
— No, głównego bohatera z Pokemonów. Tej bajki co lubiłam oglądać — wytłumaczyłam przyjaciółce zniecierpliwiona, ponieważ chciałam się dowiedzieć więcej na ten temat. Widząc jednak ciągłe zdezorientowanie na twarzy rudzielca, dodałam: — Tego od Pikachu.
— I się zaczyna… — Westchnął Neith, przewracając oczami. Szturchnęłam go w ramię, na co jęknął cicho oburzony.
— Jak to go uśmiercili? Tak po prostu? Po tylu latach? — dopytywałam, cały czas nie mogąc uwierzyć, jak twórcy mogli zabić głównego bohatera bajki dla dzieci.
— Bo Ash walczył z jakimiś złymi pokemonami, które chciały zabić jego i Pikachu, ale nie dawał im rady, więc schował Pikachu do pokeballa i poświęcił się dla niego. Później Pikachu wyszedł z pokeballa i, kiedy zauważył, że jego Ash nie żyje, wpadł w szał i zabił te wszystkie złe pokemony — wyjaśnił zaaferowany Armin, kompletnie nie zwracając uwagi, na miny pozostałych przyjaciół, który wyglądali, jakby kompletnie nic z tego wszystkiego nie rozumieli. — I to jeszcze w ostatnim odcinku całego anime.
— Przecież to nie możliwe — prychnęłam. — I jeszcze powiedz, że puścili to normalnie w telewizji… — Chłopak pokiwał głową, a ja jęknęłam załamana. — Nie wierzę w to normalnie…
— Jak chcesz mogę ci pokazać na filmiku — zaproponował, odblokowując telefon, po czym włączył odpowiednią aplikację i odszukał wspomniane wideo.
Oglądałam kilku minutowy filmik z rozchylonymi ustami. Jako podkład muzyczny służyła piosenka Legends Never Die, przez co ledwo udało mi się powstrzymać napływające do oczu łzy. Co prawda, musiałam przyznać, że nie oglądałam wszystkich odcinków Pokemonów, bo w którymś momencie po prostu pochłonęły mnie zupełnie inne anime, ale sentyment z dzieciństwa został. Nie mogłam uwierzyć, że głównego bohatera, bohatera dzieci, po prostu uśmiercili w ostatnim odcinku.
— To jest straszne… - powiedziałam cicho, biorąc nieco drżący oddech, żeby choć trochę zapanować nad emocjami. — Nawet nie chcę sobie wyobrażać tej histerii przed telewizorami zaraz po emisji odcinka.
— To jest gorsze niż śmierć Ace z One Pice…
— O nie! — zawołałam, kręcąc gwałtownie głową, tak że włosy spadły mi na twarz. Odgarnęłam je i spojrzałam się na Armina, który przyglądał mi się zdziwiony. — Śmierci Ace nic nie pobije. Nawet śmierć Asumy czy Jirayi.
— No co ty gadasz? Przecież to, jak zginął Asuma… Uch… — Wzdrygnął się, pocierając dłońmi ramiona. — To było okropne co zrobił z nim Hidan. Dostał dokładnie to, na co zasłużył.
— E tam. Hidan był spoko. Lubiłam jego humor.
— Tak. Jeszcze mi powiedz, że Czarnobrody to równy gość.
— Tego nie powiedziałam. Hidan i Czarnobrody to dwie różne postacie.
— Jak dla mnie nie ma większej różnicy. I ten i ten jest zły i zabił moich dwóch ulubionych bohaterów.
— To, że lubię niektóre czarne charaktery, nie znaczy, że toleruję je wszystkie. Niektórzy po prostu są fajni, a niektórych się wprost nienawidzi. — Wzruszyłam ramionami, bawiąc się fioletowym kosmykiem włosów.
— Ale Hidan? Naprawdę? — Spojrzał na mnie, unosząc jedną brew i lewy kącik ust, nadając twarzy zniesmaczony wyraz.
— No, chyba mi nie powiesz, że jego rozmowy z Kakuzu nie były zabawne. Przecież ich relacje były cudowne. Kakuzu — człowiek, jeśli można go w ogóle było nazwać człowiekiem, twardo stąpający po ziemi znudzony wszystkim co go otacza, liczący tylko na swoje zyski, a Hidan — nawiedzony, religijny oszołom, dla którego liczył się tylko ból i jego bóg Jasin.
— Nie do końca rozumiem twój tok myślenia, ale niech ci będzie. Mojego zdania i tak nie zmienisz.
Westchnęłam ciężko, podnosząc się z ręcznika. Otrzepałam dłonie z piasku, który dostał się na niego i ruszyłam w stronę reszty znajomych, którzy ustawiali się do gry w siatkę. Odwróciłam się w stronę chłopaka i uśmiechnęłam się lekko
— Idziesz? Czy wolisz się dalej użalać nad śmiercią Asha?
Brunet zmrużył oczy, burcząc coś wściekle pod nosem, na co wybuchnęłam śmiechem.
— Co tam szepczesz? Mi też jest smutno, ale to nie powód do płaczu — powiedziałam, drażniąc się z nim.
— To nie ja ledwo powstrzymywałem płacz, kiedy oglądałem filmik — prychnął, uśmiechając się zadziornie, a w jego błękitnych oczach zalśniły złośliwe iskierki. — Chcesz chusteczkę, czy już się wypłakałaś?
— Wolę się pomodlić do Jasina o twoje zbawienie, wiesz?
— O nie… — warknął, biegnąc w moją stronę. — Przegięłaś.
Pisnęłam wystraszona i zaczęłam uciekać przed chłopakiem. Słysząc jego ciężkie kroki tuż za plecami skręciłam do Kentina. Znalazłszy się przy przyjacielu, schowałam się za jego plecami. Armin nie przejął się tym zbytnio i okrążył szatyna, próbując mnie złapać.
— Ken, broń mnie! On chce mi zrobić krzywdę!
— Jak zasłużyłaś to co ja będę mu przeszkadzał… — stwierdził obojętnie, odsuwając się na bok, pozwalając Aminowi, by mnie dopadł.
— Ty gnoju! — krzyknęłam, kopiąc w niego piachem. — To ja ci dupę ratowałam, jak Iris chciała ci włosy na rudo zafarbować, a ty mi się tak odwdzięczasz?!
Kentin spojrzał na mnie przymrużonymi oczami, po czym warknął groźnie pod nosem.
— Ups… — Zaklęłam cicho pod nosem, uśmiechając się lekko przepraszająco, ale to chłopaka nie udobruchało.
Zerwałam się do biegu, ale w porównaniu z trenującym szatynem nie miałam szans. Złapał mnie kilka metrów dalej, obejmując w pasie.
— Doigrałaś się, mała gnido — warknął mi do ucha, kiedy próbowałam się wyrwać z jego silnego uścisku. — Armin, chodź. Wrzucimy ją do wody!
— O nie! — jęknęłam, szarpiąc się jeszcze bardziej żeby wyrwać się z jego rąk.
Chwilę później zostałam złapana za nogi, przez co moje szanse na ucieczkę zmalały jeszcze bardziej. Chłopaki bezlitośnie nieśli mnie w stronę wzburzonego oceanu, nie zwracając kompletnie uwagi na moje przeprosiny i prośby o uwolnienie. Patrzyłam załamana na zbliżające się fale. Kiedy woda sięgała im już do połowy uda, a ja poczułam pierwsze chlapnięcia na pośladkach i plecach, zaczęłam naprawdę panikować. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że chłopaki nie żartowali.
— Dobra, dość tych żartów! Nastraszyliście mnie wystarczająco. Możecie odpuścić i zanieść mnie na brzeg.
— Ani mi się śni — odparł jedynie Kentin, wzruszając ramionami.
Rzuciłam błagające spojrzenie brunetowi, trzymającemu moje nogi. Miałam cichą nadzieję, że chociaż on się nade mną zlituje.
— Proszę… — jęknęłam żałośnie, patrząc w jego błękitne oczy.
Armin przyglądał mi się chwilę, po czym powoli opuścił moje nogi do cholernie zimnej wody. Pisnęłam cicho, będąc mu ogromnie wdzięczna, że chociaż on okazał dobre serce. Niestety Kentin wykorzystał chwilową moją nieuwagę i pchnął mnie za ramiona w ocean. Tracąc równowagę wpadłam w falę, łykając ohydnie słoną wodę. Przez chwilę nie ogarniałam co dzieje się dookoła mnie. Machałam rękoma, starając się wydostać spod wody.
Kiedy tylko moja głowa przebiła się na powierzchnię, zaczerpnęłam głęboki oddech, krztusząc się. Odgarnęłam mokre włosy z twarzy, rzucając mordercze spojrzenie na Kentina, który stał kilka metrów dalej, bezpiecznie na brzegu. Wściekła pokazałam mu środkowy palec.
— Dziękuję, że chociaż ty nie byłeś takim chujem — zwróciłam się w stronę Armina, uśmiechając się lekko, na co on wzruszył jedynie ramionami.
— Nie mogłem ci tego zrobić. Idziesz grać z nimi, czy wolisz najpierw wyschnąć? — zapytał, wskazując kciukiem na znajomych, którzy powoli zaczynali rozgrywkę.
— Idę skopać Kenowi dupę — mruknęłam pod nosem, wbijając zirytowane spojrzenie w plecy przyjaciela.
Podeszłam do Iris i Neithana, ustawiających się na wyrysowanym w piasku prowizorycznym boisku. Zabrałam rudzielcowi piłkę z rąk i zwróciłam się w stronę Kentina. Chłopak rozmawiał z jednym z braci, śmiejąc się w głos. Gestykulował przy tym gwałtownie, przez co od razu domyśliłam się, że rozmawiają o mnie, jak wrzucał mnie do wody.
Zacisnęłam szczęki ze złości, podrzucając piłkę do góry. Podskoczyłam do niej i z całej siły zaserwowałam ją w niego. Z niemałą satysfakcją obserwowałam, jak brunet szturcha Kena, ostrzegając go przed moim ciosem, jednak ten zareagował zbyt późno i dostał potężny cios w podbrzusze. Momentalnie padł na kolana, obejmując brzuch, jęcząc cicho z bólu.
— Zemsta — mruknęłam zadowolona, patrząc na wykrzywioną w bólu twarz przyjaciela.
— Pożałujesz tego…
— Tak, tak. Trzeba było nie zaczynać, to byś teraz tak nie cierpiał. Następnym razem przynajmniej będziesz wiedzieć, że mi się takich rzeczy nie robi. — Wzruszyłam ramionami, wracając na ręcznik.
Byłam tak zdenerwowana, że przeszła mi ochota na jakiekolwiek gry. Patrząc na szatyna czułam lekkie wyrzuty sumienia, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że mnie się nie denerwuje, bo jestem mściwa.
Sięgnęłam po torbę z rzeczami, żeby znaleźć telefon. Chciałam sprawdzić, czy nie miałam jakieś nieprzeczytanej wiadomości na czacie, jednak kiedy odblokowałam urządzenie i włączyłam aplikację poczułam ukłucie rozczarowania. Ostatnią wiadomością od niego była ta o tatuażach.
Westchnęłam ciężko i odrzuciłam komórkę z powrotem do torby. Podciągnęłam kolana do brody opierając na nich głowę i objęłam nogi rękoma. Obserwowałam w tej pozycji, jak Iris serwuje i zaczyna pierwszego seta.
— Naprawdę tak cię wkurzył? — Usłyszałam pytanie i odwróciłam się w stronę Armina, który usiadł na ręczniku obok.
— Może trochę… — powiedziałam obojętnie, nie podnosząc brody z kolan. — Czemu z nimi nie grasz?
— Jest nas nieparzyście bez ciebie. Poza tym średnio przepadam za takimi grami. Wolę konsolę.
Pokiwałam głową, zatapiając się w swoich myślach. Myślałam nad słowami chłopaka, zastanawiając się dlaczego miałam wrażenie, że umykają mi jakieś fakty, tylko nie wiedziałam jakie i dlaczego one aż tak zaprzątają moją głowę.
Patrzyłam na przelatującą z rąk do rąk piłkę, próbując dojść do tego. Nie wiedzieć czemu ostatnie zdanie wypowiedziane przez Armina wydawały mi się dziwnie znajome.
„Coś mi umyka. Tylko co to, do cholery, jest?”
Prawie bezwiednie sięgnęłam ponownie po telefon i zaczęłam przeglądać wszystkie wiadomości od początku. Miałam wrażenie, że to jest niezwykle ważne.
Po kilku minutach, moją uwagę przykuła wiadomość: „Miałem na myśli konsolę. Mój brat wiecznie twierdzi, że traktuję ją jakby naprawdę była moją ukochaną, więc przyzwyczaiłem się ją tak nazywać.”
„Przecież to nie ma najmniejszego sensu” pomyślałam, próbując jakoś powiązać ze sobą wiadomość od poznanego na internetowym czacie Armina, z wypowiedzianymi słowami chłopaka siedzącego obok mnie.
Pokręciłam głową, próbując pozbyć się głupich myśli. „To są dwie inne osoby, które mają jedynie tak samo na imię. Poza tym BetterTwin ma brata bliźniaka no i nie wybierał się na żadne wakacje, a ten Armin ma aż dwóch braci.”
Porzuciłam całkowicie swoje gdybanie, kiedy Neith zdobył ostatni, wygrywający punkt dla swojej drużyny. Krzyknął zadowolony, przybijając piątkę z dziewczynami, po czym skierował się wraz zresztą w stronę naszego małego obozowiska. Sięgnął po chłodną wodę z cytrusami, schowaną pod koszulką i pociągnął kilka sporych łyków, a następnie podał butelkę Vivi, która z wdzięcznością przyjęła orzeźwiający napój.
Kiedy wszyscy odpoczęli, a mi przeszedł foch na Kentina, poszliśmy schłodzić się do wody. Popołudniowe słonce dawało się we znaki i nawet ja, mimo pierwszego nieprzyjemnego spotkania z oceanem, przyjęłam chłód jego wody z ogromną ulgą.