— Mich,
czy możemy porozmawiać?
— Myślę,
że nie mamy o czym, Kas. W piątek powiedziałeś wystarczająco
dużo. — Zatrzasnęłam szafkę, ledwo się powstrzymując, by nie
trzasnąć
jego twarzą o
ścianę.
Naprawdę,
że on ma czelność po tym wszystkim przyjść i prosić o rozmowę.
Trzeba było pomyśleć tamtego wieczoru, a nie teraz przychodzić. I
myśli, że co? Że pogadamy, on mnie przeprosi i wszystko wróci do
normy? Może dla niego byłoby
to możliwe.
Dla mnie bynajmniej.
— Skoro
nie chcesz rozmawiać, to chociaż mnie wysłuchaj. Proszę cię… —
Spojrzał na mnie tym
szarym wzrokiem, ale odwróciłam się
od niego.
Przewróciłam
oczami i ruszyłam w stronę klasy.
— I
co niby masz mi do powiedzenia? Marne „przepraszam”, sądząc że
to wszystko załatwi? — Nie mogłam znieść jego wzroku pełnego
nadziei. — Daj spokój. Zniszczyłeś mi wszystko po całości. Nie
chcę na razie o tym rozmawiać…
Ignorując
Kastiela i innych uczniów przecisnęłam się przez zatłoczony
korytarz i od razu schowałam się w klasie. Na szczęście była
jeszcze pusta. Usiadłam w ławce i opierając głowę o blat,
zakryłam się rękoma.
Nie
mogłam wyrzucić z głowy pełnego rozczarowania spojrzenia
rodziców. Wciąż czułam ból, gdy usłyszałam stanowcze „nie”.
Cholerna kolacja, która potoczyła się w tak popieprzony sposób.
Przeklęty Kastiel i jego długi jęzor!
Siedziałam
jeszcze przez dłuższą chwilę, aż do klasy zaczęli wchodzić
kolejni uczniowie. Czując szturchnięcie w ramię, niechętnie
podniosłam wzrok. Spojrzałam na Char, odpowiadając na jej uśmiech,
marną imitacją swojego.
— Mich,
co się stało? — zapytała zmartwiona.
— Nic
takiego... — Wzruszyłam ramionami, ale dotarło do mnie, że ona
nie odpuści, więc dodałam z ciężkim westchnieniem.
— Później, dobrze? Opowiem ci wszystko, ale nie teraz. Proszę...
Tak
naprawdę wątpiłam, że kiedykolwiek będę chciała o tym z nią
rozmawiać.
Bo w sumie co miałabym jej powiedzieć? Ona też nie wiedziała o
zawodach, poza tym chyba najpierw powinnam powiedzieć o odmowie
rodziców Dakocie, ale wizja i tej rozmowy nie napawała mnie
optymizmem. Cóż… Reakcję pierwszych już znałam, nawet jeśli
naiwnie liczyłam na inny rezultat. Co sprawiało, że czułam ciarki
na plecach, bo po Dakocie mogłam się spodziewać absolutnie
wszystkiego. Poza tym… Nie chciałam rezygnować z możliwości
wzięcia udziału w zawodach. Nawet
jeśli bez zgody rodziców zrobiłabym
to.
Nie wiedziałam tylko jeszcze w jaki sposób. Miałam nadzieję, że
uda mi się coś wymyślić, chociaż nie nasuwał mi się żaden
logiczny argument, który mógłby mi pomóc. Może rozmowa z Char
trochę rozjaśni mi głowę?
Westchnęłam
przeciągle po raz kolejny, tym razem starając się skupić na
lekcji. Zerknęłam niepewnie na zegar wiszący nad tablicą. Jeszcze
pół godziny i będę mieć możliwość rozwiania części
wątpliwości.
Czułam
na sobie pełen niepokoju wzrok Char, ale nie ustępowałam. Mimo, że
sama chciałam z nią porozmawiać, to wiedziałam, że lekcja nie
jest najlepszym miejscem i czasem na rozmowę, tym bardziej na tę.
Kiedy
rozbrzmiał dzwonek obwieszczający koniec lekcji, ledwo wyszłam z
klasy i zostałam zaciągnięta przez przyjaciółkę w bardziej
wyludnioną część korytarza. Nie podobało mi się zacięcie Char.
Nie wróżyło to dla mnie niczego dobrego, bo uparta Char była
jeszcze gorsza od znęcającego się na treningach Dakoty.
— Albo
w tej chwili wyjaśnisz mi co się stało, albo…
— Już,
już! Uspokój się, wszystko ci powiem… — Westchnęłam
cierpiętniczo, przecierając twarz rękami. Była naprawdę
nieznośna. Dobra, Mich, skup się. — Dakota jakiś tydzień temu
zaproponował mi udział w zawodach. Zgodziłam się, potrzebowałam
tylko zgody rodziców. Tak, wiem jakie mają do tego podejście —
dodałam szybko, widząc jak Char otwierała usta. Nie wiedziałam
jak odczytać emocje na jej twarzy. Zdziwienie, przerażenie, złość…?
— Chciałam z nimi na ten temat pogadać jak
najostrożniej
w jakimś odpowiednim momencie… — Nie byłam do końca pewna o
jaki moment mi chodziło, ale na pewno lepszy od kastielowego. —
Niestety nic z tego nie wypaliło, bo na piątkowej kolacji wszystko
rozwalił Kastiel. Zaczął coś paplać, że mając więcej wolnego
może mnie wspierać w przygotowaniach do zawodów, a że rodzice o
niczym nie wiedzieli, to wybuchła wojna. Dosłownie. Zaczęliśmy na
siebie krzyczeć, wszyscy, przez co koniec końców nic nie
wskórałam. Nawet jeśli wiedziałam, że się nie zgodzą, miałam
jednak nadzieję, że jak ja z nimi o tym porozmawiam to będzie to
jakoś inaczej przyjęte, że może chętniej się zgodzą… A tak
jestem w ciemnej dupie… — Westchnęłam po raz kolejny, opierając
się o ścianę. Miałam ochotę walić głową w mur. Może to by
jakoś pomogło uspokoić to co się w niej działo?
Char
patrzyła na mnie z coraz wyraźniejszym
zaskoczeniem i niezrozumieniem.
Przygryzłam wargę kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać.
Powiedziałam
coś nie tak? Jednak co mogłam powiedzieć nie tak, streszczając
jej po prostu to co się stało? Char, nie patrz tak na mnie…
Skuliłam się w sobie, nie mogąc jednak oderwać od niej wzroku.
Zacisnęłam palce na końcach rękawów, wciskając pięści w
kieszeń bluzy.
— Kiedy
masz te zawody? — zapytała w końcu, marszcząc jeszcze bardziej
brwi.
— Pod
koniec listopada… Coś koło dwudziestego, nie pamiętam dokładnie,
a czemu pytasz? — Patrzyłam na nią czując jeszcze większy
mętlik w
głowie niż
podczas
lekcji.
Co ty kombinujesz?
— Okej…
Zgodę rodziców musisz dostarczyć... kiedy?
— Trzydziestego
września jest ostatni dzień na złożenie wszystkich dokumentów.
Czemu pytasz?
— Czyli
mamy jeszcze trochę czasu… — mruknęła cicho, jakby do siebie,
bo jej spojrzenie błądziło gdzieś za moim prawym ramieniem.
Potarła policzek w zamyśleniu. — Postaramy się jakoś przekonać
twoich rodziców, żeby podpisali ci tę zgodę.
— Co?
Jak? Chyba nie sądzisz, że po rozmowie z tobą zmienią zdanie… Z
resztą od kiedy zgadzasz się ze mną w stu procentach?
— Nie
uważam, że jedna rozmowa z marszu to załatwi, jednak jeśli
przygotujemy odpowiednie argumenty, to nie sądzę żeby mieli jakieś
większe obiekcje. Niewiedza
budzi strach. Jeśli dokładnie im wygląda, i że ryzyko jest wręcz
znikome… Myślę że to może się udać. Poza
tym nie powiedziałam, że zgadzam się z tobą. — Spojrzałam na
nią zdziwiona i pomachałam jej dłonią, by rozwinęła myśl. —
Martwię
się o ciebie, boję się, pewnie tak samo jak twoi rodzice i
Kastiel, że coś poważnego może ci się stać. Nawet
jeśli to są tylko amatorskie zawody i twój trener twierdzi, że
sobie z tym poradzisz. Znam cię jednak na tyle dobrze, żeby
wiedzieć, że nie umiesz odpuścić sobie w czymś co dotyczy twojej
pasji. Poza tym im lepszy będziesz mieć team wspierający, tym
lepiej ci pójdzie.
— Jesteś
najlepszą przyjaciółką, jaką mogłam sobie kiedykolwiek
wymarzyć! — Zawołałam i objęłam ją ramionami.
— To
już wszyscy wiemy. Teraz trzeba się zabrać do pracy! Nie marnujmy
cennego czasu — Char wykręciła się z uścisku, ale zostawiła
rękę przerzuconą przez moje ramię. — Pójdziemy grzecznie na
angielski, a na długiej przerwie omówimy sytuację z dziewczynami.
Im więcej głów do myślenia tym lepiej.
Dotarłyśmy
prawie do klasy, kiedy usłyszałam
słabo tłumione śmiechy poprzecinane moim imieniem. Rozejrzałam
się po uczniach, a głośne szepty i wytykanie palcami utwierdziło
mnie w
tym,
że wszyscy mówili o mnie. Czułam się coraz bardziej
zdezorientowana, gdy zauważyłam w dłoniach co poniektórych jakieś
zdjęcia.
Co
tu się do, ciężkiej cholery, działo?
Zwróciłam
się do Charlotte, wyrywającej pierwszej z brzegu dziewczynie
zdjęcie. Widziałam jak jej twarz momentalnie zbladła,
a w oczach rósł
strach. Spojrzałam na kartę i, o ile samo zdjęcie nie
przedstawiało niczego szczególnego, ot mokra
od potu
koszulka przylepiona
do moich pleców,
tak krwistoczerwony napis na środku, sprawił że krew zamarzła mi
w żyłach.
„CZY
TO JAWA, CZY TO SEN, NIEUSTANNIE PRZEŚLADUJE MNIE SMRÓD MICHELLE”
To
się nie dzieje… To musi być jakiś koszmar. Po prostu jeszcze się
nie obudziłam. Wystarczy, że się uszczypnę i obudzę się u
siebie w łóżku, a cała ta sytuacja zniknie. Nie będzie jej.
Prawie
bezwiednie wyciągałam ręce po kolejne zdjęcia. Na drugim
ściągałam bluzę, a napis który czerwienił się na nim był
jeszcze obrzydliwszy.
„PACHY
OWŁOSIONE, OCZY KRECIE, BYCIE BRZYDKĄ NIE PRZYSTOI KOBIECIE”
Na
kolejnym siedziałam po prostu z kapturem na głowie.
„POŁOŻNA
SIĘ WAHAŁA I PŁEĆ RZUCAJĄC MONETĄ WYBRAŁA”
Jeszcze
inne przedstawiało mnie na wuefie w luźnym podkoszulku.
„NIE
PRZESADZAJĄC, MICH MA ŁADNE PLECY. Z OBU STRON”
Miałam
wrażenie, jakby grunt obsuwał mi się pod nogami. Tępo wpatrywałam
się w zdjęcia.
Czym
sobie na to wszystko zasłużyłam? Przed oczami migały mi
czerwono-czarne mroczki,
a w uszach huczały głosy i śmiech ludzi dookoła. Tylko chłód
ściany za plecami utwierdzał mnie w tym, że cała ta sytuacja
dzieje się naprawdę.
— Michelle,
chodź. Powinnyśmy
iść… — Głos Char docierał do mnie jakby przez warstwy grubej
waty.
Pociągnęła
mnie za rękę, próbując ruszyć z miejsca, ale czułam się, jakby
nogi wrosły mi w ziemię. Jakby na złość utwierdzając w tym, że
nie mogę się pod nią zapaść.
— Trzeba
zgłosić to dyrektorce. Tak dłużej być nie może. To
szczeniackie zachowanie musi się skończyć.
— Mhm…
— mruknęłam od niechcenia, kompletnie nie rejestrując sensu jej
słów.
Zaczęłam
powłóczyć za nią nogami za drugim pociągnięciem.
Może
powinnam zmienić
szkołę…?
Ale
co to da? Jeśli znajomości Lysandra tam nie docierają, znajdzie
się ktoś na jego miejsce.
Wychodzi
na to, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniknięcie.
Usunąć
się w cień, niebyt… Może wtedy by się to skończyło?
Może
wtedy zaznałabym spokoju? Chociaż odrobinkę, tak niewiele mi
potrzeba...
— Panno
Bonet, panno Hooper, czemu nie ma was na lekcji? Jest już dawno po
dzwonku.
— Przepraszamy...
Właśnie
szłyśmy do pani dyrektor.
— Rozumiem,
ale czy to nie może poczekać
do przerwy?
Nie sądzę, żeby dyrekcja była zadowolona z opuszczania zajęć.
— Myślę
że mogłybyśmy to załatwić na przerwie, jednak uważam, że im
szybciej zgłosimy pani dyrektor znęcanie się, tym lepiej.
Zwłaszcza
jeżli prawdopodobnie oprawcą jest ktoś, z kim Mich ma styczność
na lekcji.
— Char…
— mruknęłam, marną próbą zabierając swoją dłoń. —
Odpuść…
Podniosłam
na nią wzrok. Patrzyła na mnie z uniesionymi brwiami. I czego tu
nie rozumieć? Chcę tylko spokoju. A u dyrekcji na pewno tego nie
dostanę. Odrobinę spokoju. Tak tylko troszeczkę, tylko tyle aby
ucichły te głosy.
...świnko…
...jaka
spocona, fuj…
— Ani
mi się śni odpuszczać. Ja jestem w stanie zrozumieć bardzo dużo,
ale te zdjęcia to już zdecydowanie przesada. Tym bardziej, że
wygląda mi to na sprawkę Rozalii i Lysandra i, o ile się sytuacja
nie zmieniła, a bardzo w to wątpię, to oni nadal mają jakąś
chorą satysfakcję z poniżania
cię.
Nie mam dowodów na to, że to oni stoją za tymi zdjęciami, ale
jestem pewna, że dyrektorka zrobi wszystko, żeby ukarać sprawców.
Może wtedy odechce im się nad tobą pastwić.
— Dobrze,
powiedzmy pani dyrektor o zdjęciach, ale Lysandra zostaw mi. Mam już
pomysł, co zrobić, by dał mi spokój.
— Co
to za pomysł? — Teraz ona zatrzymała się w połowie kroku.
— To
jest… — zająknęłam się, jednak powstrzymałam się w
ostatniej chwili. — Później… — Po raz kolejny tego dnia
zbyłam ją tym samym słowem, mając nadzieję, że tym razem
odpuści.
Widziałam
w jej oczach niepokój
i wewnętrzną walkę z ciekawością.
Nie miałam sił jej błagać. Choć wiedziałam, że to nie jest
zbyt odpowiedzialne, chciałam wtedy
po prostu zakopać się pod kołdrą i zaczekać aż wszystko się
samo ułoży. Po chwili milczenia Char westchnęła ciężko i
przytaknęła.
— Dobrze.
Chodźmy już.
W
gabinecie dyrektora znalazłyśmy się niedługo
później. Byłam tak oderwana od rzeczywistości, że dopiero moment
później dotarła do mnie nieobecność sekretarki, a pani dyrektor
wpuściła nas do siebie osobiście. Miałam ściśnięty żołądek,
czułam podchodzący do gardła kwas. Bałam
się, że zwymiotuję.
— Co
się dzieje dziewczyny? Czemu nie ma was na lekcjach? — Pani
Shaller pozwoliła nam usiąść i sama zajęła miejsce za biurkiem.
— Michelle
jest prześladowana w szkole. Chciałyśmy to zgłosić — wypaliła
Char bez chwili zawahania.
Sam
ton jej głosu sprawił, że jeszcze bardziej się spięłam. Nawet
nie wiedziałam, że to jest jeszcze możliwe.
— To
poważne oskarżenie, panno Hooper. Przykro
mi, ąle zgodnie z procedurami muszę zapytać, czy
macie
na to jakieś dowody? — Pani dyrektor przyglądała się nam
uważnie zza okularów.
Och…
Ile bym dała, żeby to wszystko okazało się nieprawdą.
— Tak
— odpowiedziała spokojnie, pewnie podnosząc głowę i podała jej
zdjęcia.
Na
sam widok kartek skuliłam się, intensywnie wpatrując się w dywan.
Próbowałam liczyć linie i przesuwać
wzrokiem po misternych wzorach, chociaż miałam coraz większe
wrażenie, że im dłużej się w to wpatrywałam tym mocniej czułam
coraz
większe mdłości.
— Rozumiem,
że to są twoje zdjęcia, Michelle? Czy wiecie kto je zrobił? Kiedy
się one pojawiły?
— Tak,
to są moje zdjęcia — wymamrotałam podnosząc wzrok, jednak
nadal
nie patrząc
na dyrekcję. Zawiesiłam spojrzenie na wysokości biurka i równo
ułożonych długopisów. — Teraz na przerwie zauważyłyśmy, że
uczniowie je mają. Nie mam pojęcia kto mógł je zrobić i roznieść
po szkole…
— Nie
wiemy kto, ale mamy podejrzenia dotyczące dwóch osób, które
wcześniej obrażały i dręczyły Mich. Mam na myśli Rozalię i
Lysandra — wtrąciła się Char po raz kolejny, a ja jęknęłam
cicho.
Przecież
prosiłam ją, żeby ich w to nie mieszała… Teraz to już na pewno
nie uniknę pytań, a moje marzenie o spokoju runęło w
gruzy. Czułam się jakbym traciła kontrolę nad swoim życiem.
Wszystko dookoła mnie działo się poza moją jurysdykcją. Wszyscy
zachowywali się, jakby wiedzieli lepiej ode mnie co i kiedy
chciałabym zrobić. Najpierw Kastiel, rodzice,
teraz
Charlotte…
—
Michelle,
czy to prawda?
Słysząc
pytanie pani dyrektor chciałam w pierwszej chwili odpowiedzieć, że
tak. Jednak
w okamgnieniu coś
mnie zblokowało.
Co mogłam więcej jej powiedzieć? Przecież wiedziała o moich i
Lysandra sprzeczkach. W końcu przez jedną z nich wylądowaliśmy w
bibliotece do końca grudnia. Ostatecznie wzruszyłam ramionami,
mając nadzieję, że jej to wystarczy.
— W
porządku — westchnęła,
ściągając okulary, po czym dodała — Charlotte,
czy mogłabyś nas zostawić same? Chciałabym porozmawiać z
Michelle na osobności.
Charlotte
posłusznie wstała i zanim wyszła poinformowała mnie, że będzie
czekać na korytarzu. Kiwnęłam prawie bezwiednie głową, skupiona
na błaganiu wszechświata o litość.
— Dobrze,
Michelle. Skoro zostałyśmy same, myślę że możemy szczerze
porozmawiać — powiedziała spokojnie pan dyrektor. Rzuciłam jej
szybkie spojrzenie, a ona dodała — Zapewniam cię, że wszystko o
czym rozmawiamy zostanie między nami. Chyba że postanowisz inaczej.
Niemniej jednak chciałabym, żebyś wiedziała, że możesz mi ufać.
Kiwnęłam
głową, niezdolna do wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
Czego ode mnie oczekiwała? O czym chciała rozmawiać? Nie wkopię
przecież Lysandra, bo jeszcze bardziej mi się oberwie. Powinnam
udawać, że nic się nie dzieje?
— Dobrze.
Pan Wells opowiadał mi o tym co stało się na ostatniej lekcji,
kiedy prowadziłaś prezentację. — Położyła dłonie płasko na
biurku.
Były
lekko pomarszczone, jednak bardzo zadbane. Wydawało mi się nawet,
że miała zrobiony manicure, ale ja się kompletnie na tym nie
znałam.
— Wiem,
że będąc ofiarą nękania może się wydawać, że nigdzie nie
znajdzie się pomocy. Chciałabym jednak, żebyś wiedziała, że
nękanie w tej szkole nie jest tolerowane i jest traktowane jako
przestępstwo. Niezależnie od tego kto kogo prześladuje i nęka,
będzie traktowany tak samo.
Zamarłam
na dosadność słów pani dyrektor. Miałabym oskarżyć Lysandra o
przestępstwo? Rozumiałam, że to co mi robił było złe i
pragnęłam, żeby to wszystko się skończyło, ale… przestępstwo?
I co? Jeśli bym go oskarżyła i sprawa trafiłaby do sądu? Co
wtedy? Przesłuchania, szukanie świadków… Lysander miał równie
dużo świadków co ja. To co było między nami można było nazwać
jedynie słownymi przepychankami. Nikt by mi nie uwierzył, że to
wszystko mogło aż tak na mnie wpłynąć, żeby nazwać to nękaniem
i przestępstwem. Nigdy mnie nie dotknął, nie popchnął, nie
uderzył. Nie pokazywałam
niechęci do chodzenia do szkoły, miałam dobre oceny i zachowanie.
Nie sprawiałam problemów…
Nie
było na to żadnych dowodów. Poza tym Lysander miał normalną
rodzinę. To ja pochodziłam z domu dziecka. To ja byłam
podrzutkiem, który mógł sobie to uroić przez to co działo się w
bidulu. Poza tym nie chciałam sprawiać problemu rodzicom. Byli dla
mnie tacy dobrzy… Gdyby sytuacja między mną a Lysandrem wyszła
na światło dzienne, to wszyscy zwiesili by na nich psy.
Już
to kiedyś przechodziłam. Słyszałam jak znajomi rodziców mówili,
że będę sprawiać tylko kłopoty, bo nie jestem ich. Że dzieci z
domu dziecka przynoszą wstyd rodzinie.
Chciałam
być żywym dowodem na to, że się mylili.
— Wiem,
pani dyrektor — mruknęłam słabym głosem, po czym odchrząknęłam
i dodałam pewniej — ale pomiędzy mną a Lysandrem nic takiego się
nie dzieje. To są tylko niewielkie sprzeczki. Poza tym już obydwoje
zostaliśmy ukarani za nasze zachowanie.
—
Rozumiem,
jednak gdyby coś się działo, wiedz
że możesz się do mnie zgłosić o pomoc.
— Wiem
i bardzo to doceniam, pani dyrektor. Niemniej jednak zapewniam panią,
że to nie jest nic poza koleżeńskimi zaczepkami. — Zmusiłam się
do uśmiechu, który miałam nadzieję, że wyglądał naturalnie. —
Czy mogę już iść? Nie chciałabym się spóźnić na kolejne
zajęcia.
Pani
dyrektor przez moment sprawiała wrażenie, jakby nie do do
końca mi wierzyła i
chciała jeszcze o coś dopytać, ale koniec końców kiwnęła
głową. A ja opuściłam jej gabinet z cichym pożegnaniem.
Na
korytarzu czekała na mnie Charlotte, tak
jak zapowiedziała.
— To
powiesz mi w końcu o co z tym wszystkim chodzi? — Złapała mnie
lekko pod ramię i poprowadziła w stronę stołówki. — Dlaczego
nie chciałaś „mieszać” w to Lysandra? Z
daleka widać, że on maczał w tym palce. To nie jest pierwszy raz
kiedy cię krzywdzi. Naprawdę chcesz to znosić do końca szkoły?
— To
nie tak… — jęknęłam cicho i uszczypnęłam nasadę nosa dwoma
palcami wolnej ręki. Czułam jak powoli za powiekami zaczyna zbierać
się pulsujący ból. — Po prostu… — zacięłam się na moment,
zastanawiając się co dokładnie chciałam powiedzieć. — Po
prostu to nie jest nic z czym nie poradziłaby sobie sama. To tylko
głupie zaczepki. Im mniej będę reagować, tym szybciej im się
znudzi i dadzą mi spokój.
— Nie
wierzę w to co mówisz. Naprawdę uważasz, że oni odpuszczą,
szczególnie po czymś takim jak dziś?
— Co
do Rozalii nie jestem pewna, ale Lysander… — Zawahałam się na
chwilę. Czy Lysander na pewno odpuści, jeśli spełnię warunki
zakładu? Pewności nie miałam, ale mogłam spróbować. — W dniu
kiedy drugi raz trafiliśmy do dyrekcji, zaraz po naszej kłótni w
bibliotece, Lysander zaproponował mi pewien układ…
Dlaczego
w głowie nie brzmi to tak głupio? Z każdym słowem traciłam
przekonanie, że to cokolwiek zmieni.
—
Zaproponował
mi, że jeśli pokażę mu przez miesiąc, że potrafię ubierać się
jak dziewczyna, to da mi spokój do końca szkoły. Wiem, że…
— To
najbardziej szowinistyczna rzecz jaką kiedykolwiek słyszałam. To
niedorzeczne, nie wierzę w to, że jak zaczniesz biegać w
sukienkach na jego zawołanie to się od ciebie odczepi. On jest
głupszy niż ustawa przewiduje. — Charlotte miała rację. To było
głupie. Przygryzłam wargę, mimowolnie kuląc się w sobie. — Ty
chyba nie miałaś zamiaru tego robić, prawda?
Char
patrzyła na mnie intensywnym wzrokiem, a ja poczułam potrzebę
schowania się pod ziemią. Wzruszyłam jedynie ramionami, mając
nadzieję że wyszło to chociaż odrobinę obojętnie.
— Och,
Mich… — westchnęła, po czym stanęła przede mną, opierając
dłonie o moje ramiona. Spojrzałam na nią niepewnie, czując się
jak totalna idiotka. Jednak nie mogłam wyrzucić z głowy, że to
mogła być moja jedyna i ostatnia szansa na normalne skończenie
szkoły.
—
Przecież
to nie może być aż takie straszne, to bieganie w sukienkach. Wy
jakoś nie macie z tym problemu… — mruknęłam, skutecznie
odwracając spojrzenie od niej.
— Nie,
nie jest straszne. Straszne jest to, że chcesz to zrobić dla niego,
a nie z własnej woli. To co ci zaproponował jest
idiotyczne i szowinistyczne. Nigdy
nie powinnaś się na to godzić. — Objęła mnie delikatnie i
ponownie spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się delikatnie. —
Jeśli chcesz zmienić to jak się ubierasz to powinnaś to zrobić z
własnej woli, a nie dlatego, że jakiś idiota cię do tego zmusił.
Charlotte
miała rację. Nigdy nie powinnam była
się
zgodzić
na ten durny zakład, ale było już niestety na to za późno. W tej
chwili mogłam jedynie iść z prądem moich decyzji i zaryzykować.
— Cóż…
Mogę w końcu spróbować i upiec dwie pieczenie na
jednym ogniu. — Zaśmiałam się cicho pod nosem i poprowadziłam
dalej Charlotte.
— Co
masz na myśli?
— Mogę
zaryzykować, postarać się ubierać bardziej dziewczęco i wygrać
zakład. Może i on wywiąże się ze swojej części zakładu.
Jednocześnie może polubię to bieganie w sukienkach i przestanę od
was odstawać moim wyglądem dresa.
Char
wybuchnęła śmiechem, kręcąc w niedowierzaniu głową.
— Nie
podoba mi się to, że ten szowinistyczny dupek aż tak sobie
pogrywa. Chcę cię wspierać ze względu na twoją i tylko i
wyłącznie twoją chęć odnalezienia siebie. Jednak ja nie bardzo
znam się na modzie… Trzeba
będzie porozmawiać o tym z ekspertką
Amber.
Będzie wiedziała co zrobić.
— Tylko
nie mówmy jej o zakładzie, okej? Tak jak powiedziałaś, to jest
głupie. I tak czuję się jak idiotka mówiąc o tym tobie. Nie chcę
się upokarzać przed dziewczynami…
— Nie
wiem czy to dobry pomysł, ale w porządku. Coś wymyślimy.